Dzień 0 – decyzja o wyjeździe
Jeszcze nigdy tak szybko nie musiałem się spakować na tak daleką podróż. Oczywiście wolę to niż tracić tydzień z zaplanowanego urlopu, wybrałem więc opcję polecieć na służbową podróż parę dni wcześniej. Lecę w sprawie projektu wdrożenia systemu na uniwersytecie w Pretorii.
Kupiłem pierwszy i jedyny przewodnik po RPA w Empiku. Przewodnik Baedeker, wygląda dobrze i jest z załączoną mapą, o której nawet myślałem żeby kupić (całość 84 zł).
W domu spakowałem się w duża walizkę, mimo, że się zastanawiałem czy nie będę głupio wyglądał, co okazało się kompletnie bezpodstawnym myśleniem.
Dzień 1 przelot
WAW-AMS
Wstałem o 4.15 i nieprzytomny wziąłem prysznic. Potem pożegnanie z żoną i wyjazd na lotnisko. Zegarek, który założyłem miał 10 minut jak się w pewnym momencie zorientowałem beztrosko czytając książkę, ale i tak miałem zapasem ruszyłem na lotnisko taksówką.
Na lotnisku tak długo kręciłem się po perfumerii, że aż zaczęli mnie wywoływać. Zapomniałem że jak wylot jest o 6.45 to nie oznacza że boarding się o tej porze zaczyna J tylko że trzeba być o 6.30 najpóźniej przy bramce. Chyba dawno nie leciałem nigdzie.
W folderze linii KLM zobaczyłem ciekawy wynalazki:
Uniwersalna ładowarka do różnych urządzeń (ipod, telefony, itd.) na baterię słoneczną (Solar Money 59EUR) niewielkie urządzenie, które może być przydatne w terenie. Inna opcja to ładowarka z akumulatorem, który ma pojemność 30 godzin dla urządzeń o małym napięciu (Philips portale Power, w samolocie za 48EUR).
Przeczytałem też artykuł o holenderskim świetle. O tym jak różni malarze studiowali niezwykłe zjawiska świetlne, oraz w jakich miejscach można je oglądać. Po tym jak wysiadłem z samolotu w Amsterdami i się rozejrzałem, rzeczywiście światło było interesujące, takie miękkie, jak masło rozpływające się po okolicy.
AMS-JNB
Na pokładzie są też rodziny z dziećmi. Wcześniej sądziłem że takiej trasy liczącej 10 godzin nie da się bez krzyku maluchów przelecieć. Tymczasem nikt nie płacze, dzieci śpią albo się bawią. Może dzięki temu że nikt nie hałasuje i jednostajny dźwięk silnika je uspokaja. Lot minął przyjemnie, zmusiłem się żeby popracować na komputerze, i dobrze bo dzięki temu się trochę przygotowałem do prezentacji.
Przelot nad Saharą, która wygląda jak może piasku. Blisko równika jest może drzew – dżungla bez widocznych śladów działalności człowieka. Zupełne inne wrażenie niż przelot nad Europą, gdzie wszędzie widać szachownice pół uprawnych.
Zaszło słońce i przez półmrok przebijają się z dołu pojedyncze skupiska czerwonych świateł. Wyglądają jak ogniska w wioskach.
Łatwość z jaką się teraz podróżuje wprawia mnie w zakłopotanie. Na ekranie w samolocie wyświetla się mapa, z której wynika, że jestem teraz na szerokości geograficznej Madagaskaru, a przecież kilkanaście godzin temu brałem prysznic na Marymoncie w naszym mieszkaniu. Dawniej podróż była wielkim wydarzeniem, trzeba było się starannie i długo przygotowywać. Ja spakowałem się w 1,5 godziny i zaopatrzony w przewodnik i 50 EUR w gotówce wsiadłem do samolotu. Teraz wystarczy podejść do bankomatu w dowolnym miejscu i wyjąć pieniądze ze swojego konta na drugim końcu świata. Nauczyłem się jednak brać więcej gotówki na wypady poza miejskie, po tym jak parę razy mi zabrakło nawet w Polsce
Pretoria - zakwaterowanie
Mieszkam w bardzo fajnym miejscu, a obawiałem się tego gdzie będę mieszkał. Pisali mi, że będę mieszkał w guesthouse. Sądziłem, że to będzie mieszkanie, które wynajmuje firma która mnie tu zaprosiła i będzie to gdzieś w centrum i nie będę miał śniadań, nikogo o co spytać itp. Tymczasem dojechaliśmy do dzielnicy willowej, wszystkie domy otoczone 3metrowym murem z drutem kolczastym pod prądem, strażnikami na rogach ulic. Biali się odgradzają. Avalon Guest House okazał się domkiem z dwoma 5-gwiazdkowymi apartamentami dla gości, tuż obok domu gospodarzy.
Zwyczaje – wieczorem należy odhaczyć co chcemy na śniadanie i umieścić tę kartkę w specjalnej skrzynce obok drzwi gospodarzy (nie miąć tylko wsadzić powiedział gospodarz). Rano pozostawić otwarte drzwi od strony kuchni, żeby obsługa mogła podać śniadanie. Apartament bardzo wygodny urządzony Afryka-style z reprodukcjami holenderskiego malarstwa i meblach z pięknego ciemnego drewna. Duże wygodne nowe łóżko (nie znoszę zużytych materacy), gustownie urządzona biblioteczka z pełną encyklopedią britannicą oraz figurkami afrykańskimi. Jest Internet, gniazdka z przejściówkami europejskimi (śmieszne ale gniazdka, które są używane w RPA są chyba największe na świecie) .
Dzień 2 – Pretoria
W nocy trochę zimno, jakoś nie wziąłem na serio tego, że tu jest zima i w nocy temperatura może spaść do zera. A ponieważ ogrzewania nie ma, jest tylko klimatyzacja (która wydawało mi się że grzać nie potrafi), będę musiał poprosić o dodatkowy koc. Tak to jest w krajach, gdzie zima nie jest jakaś szczególna i nie instaluje się ogrzewania ( a w dzień temperatura utrzymuje się na przyjemnym poziomie 20 stopni).
Rano przyszła Johanna, czarna starsza kobieta (albo mi się tak wydaje, bo miała chore oko) i zwyczajowo spytała ‘how are you? po czym od razu sama sobie odpowiedziała ‘I’m fine thank you’ na pytanie, któro powinno paść ode mnie w ramach wymiany grzeczności, a którego nie zdążyłem zadać.
Od rana usłyszałem deklaracje pomocy ze strony człowieka z firmy, która mnie zaprosiła, że na weekend możemy się umówić na wycieczkę do parku narodowego, że zadba o moją kolację. Potem od kierownika projektu ze strony uczelni, że pomoże mi wynająć samochód, że mnie skontaktuje z człowiekiem z Indii z firmy, która też robi projekt dla uczelni i który mieszka niedaleko mnie, tak żebyśmy mogli coś razem porobić, podzielić się jazdą samochodem. Myślę że jazdę chętnie oddam, tu ruch jest lewostronny i niebezpieczne drogi, więc nie będę się tu uczył . Panie z ‘dziekanatu’ matczyne w swojej gościnności odesłały mnie po południu wcześniej na kwaterę, żebym się wyspał i załatwiły mi też zamówienie dostawy jedzenia do domu na koszt uczelni.
Prawie każdy biały, z którym rozmawiałem wspomina coś o problemach z ‘czarnymi’.
To że kiedyś ich nie było tyle w mieście, albo Pani z uczelni, która mówi mi ze w RPA jest taki problem, ze kiedy instruuje swoją ‘housemaid’, żeby jej mówiła zanim się mydło skończy, mimo to, ona od 20 lat jej mówi dopiero jak się skończy. Próbowała już zaznaczać poziom mydła przy którym powinna je powiadamiać, mimo to zawsze mówi - ‘Milady the soap is out’. Może to jest ich głęboko zakorzeniony system myślenia – jest coś lub czegoś nie ma. Nie ma stanu pośredniego. Mówiła o tym w nawiązaniu do rozmowy o świeżo upieczonym managerze na uczelni, który to zajmuje się magazynem (ulotki, formularze) i który właśnie przyszedł z problemem, że coś tam się skończyło.
Z tego co widzę wszyscy pracownicy niższego szczebla to czarni. Nie będę używał terminu rdzenni mieszkańcy, gdyż rdzennymi byli ludy Khoni-San wyparte później przez czarnych przybyszy z środkowej części lądu. Wyróżnia się tu następujące rasy – czarni, biali, kolorowi, hindusi, azjaci. Nikt tu nie używa innej terminologii. Informacje o rasie są zbierane w różnych systemach, ze względu na ustawy mające na celu wyrównywaniu szans czarnych w zatrudnianiu i przyjmowaniu studentów na uczelnie. Np. czarnego pracownika można zatrudnić z wolnej ręki (bez rekomendacji i doświadczania) na dane stanowisko.
Uczelnia ma bardzo ładny Campus, architektura jest mieszanką lat 60tych (beton i stal) z nowszymi ładnymi ceglanym budynkami w stylu ‘afrykańskim’.
Historia RPA jest bardzo zawiła. Od lądowania holendrów w XVII wieku, przez wojny Zuluskie, rządy Brytyjczyków i apartheid, aż do zniesienia go w 1994 roku. Dopiero zacząłem się wgłębiać w historię tej części kontynentu, ale zadziwiające jak mało o tym uczą nas w szkołach.
Sytuacja mimo tych pozytywnych przemian, wygląda coraz gorzej. Pogłębiająca się przepaść ekonomiczna, widoczna w centrach dużych miast, jak Johannesburg, które zamieniają się po zmroku i w weekendy w miasto duchów, po którym lepiej nie poruszać się samemu. O tym piszą też w kilku miejscach w przewodniku i facet który wiózł mnie z lotniska też o tym wspominał – nie włóczyć się samemu bez celu, nie trzymać komórki i aparatu na wierzchu, najlepiej zostawić portfel i paszport w hotelu i brać ze sobą tylko niezbędną ilość gotówki.
Zastanawia mnie też czy do tej paranoi nie przyczynia się coraz bardziej odgradzanie się białych. Czarni widocznie jak już zobaczą takiego białego, co sobie beztrosko spaceruje to jest łakomym kąskiem.
Dzień pracy kończy się wcześni i zaczyna się wcześnie. Pracownicy uczelni zaczynają o 7.30 a kończą o 15.30. Myślę że taki kolonialny 6-godzinny tryb pracy obowiązuje tylko białych lub tylko administrację państwową (czytałem w przewodniku, że czarni pracowali kiedyś 15% więcej za 20 razy mniej czy jakoś tak). Zrozumiałem też dlaczego akurat te godziny pracy. Latemm gdy jest gorąco najlepiej się pracuje w wczesnych godzinach. Zimą (czyli teraz w czerwcu) dzień jest bardzo krótki, więc obie pory roku sprzyjają tym godzinom.
W weekend mam zamiar odwiedzić park Pillansburg oraz dzielnicę Sowato (czyli South West Township – dzielnice czarnych, gdzie można się wybrać na wycieczkę z przewodnikiem i odwiedzić m.in. muzeum apartheidu.