poniedziałek, 16 czerwca 2008

Afryka dzika RPA - dzień 6 - poniedziałek

Pilanesburg - Park krajobrazowy

Wcześni rano ruszyliśmy do Pilanesburg – parku krajobrazowego niedaleko Johannesburga, położonego na terenie pozostałości kaldery wulkanu. Wg informacji na miejscu jest to ślad po jednym z największych ‘tego typu’ wulkanów na świecie. Ciekawe tylko co to znaczy tego typu? Teren jest pagórkowany i ma promień 110 km. Na terenie parku swobodnie poruszają się dzikie zwierzęta, a ludzie powinni pozostawać w samochodach i trzymać się dróg (przeważnie żwirowych). Krótko mówiąc miałem namiastkę safari. Jeśli chodzi o zwierzęta to widzieliśmy coś gazelo podobnego, hipopotamy, nosorożce, żyrafy, zebry i chyba lwy. Następnym razem muszę ze sobą mieć aparat z sensownym zoomem, patrząc po zdjęciach. Tylko jeden dzik podszedł bardzo blisko. Zjedliśmy też lunch w małym zajeździe na terenie parku, tu kupiłem też kolejne pamiątki tym razem po bardzo korzystnych cenach. W parku jest kilka sztucznych zalewów, zrobionych po to by na suchsze tereny mogły powrócić zwierzęta.
Nie widzieliśmy niestety słonia, ale i tak wyjazd był udany. Co drugi samochód to land rover, bądź jakiś pickup – tu w terenie bardzo przydatne. Patrząc na emerytów w tych samochodach, myślałem sobie że taki życie też można by wieść – wciąż podróżować.

Wracając chcieliśmy przejechać zaporą, która jest malowniczo położona. Był duży korek tuż przed nią, co wykorzystywali miejscowi sprzedawcy oferując od pomarańczy i awokado, po rzeźby i reklamowe kieliszki do wina. Nasz gospodarz wycieczki, kolega z firmy, która mnie zaprosiła znów dawał wyraz swojej ‘sympatii’ do czarnych mieszkańców tego kraju. Jego dziewczyna starała się go besztać. Zapora była bardzo ładna, był nawet na niej mały łuk triumfalny, o którym nie dowiedziałem się niestety więcej.

Po powrocie okazało się, że zniknęła moja wkładka dentystyczna, zostawiłęm ją koło łóżka a ponieważ (przypomniało mi się po wyjeździe) wyglądała jak duża zwinięta guma do żucia, widocznie sprzątaczka ją wyrzuciła.

Napiszę jeszcze wczorajszej kolacji – poszliśmy z kolegą hindusem do knajpy włoskiej, zjadłem bardzo dobre panierowane kalmary i sałatkę. Lokal był klimatyczny - nazywa się Capissh? W menu wpleciona jest historia włoskiego imigranta, są stare zdjęcia, nad wejściem do lokalu stoi wrak Vespy.

Dziś namówiłem kolegę na to, żeby wcześniej wyjść na jedzenie, bo lunch jedliśmy jeszcze przed południem.

niedziela, 15 czerwca 2008

Afryka dzika RPA - dzień 5 - niedziela

Rano przyjechał przewodnik, bardzo przyjemny człowiek. Dużo opowiadał, pożartowaliśmy na temat dnia ojca, po drodze do Soweto opowiadał nam różne historie.

Przejechaliśmy przez Johannesburg, przewodnik obwiózł nas przez najważniejsze miejsca. Przez jakiś czas po upadku apartheidu centrum wypustoszało, potem napłynęli tam czarni, a teraz część biznesu i firm zaczyna tam wracać, gdyż jest taniej niż w nowej dzielnicy handlowej. Mimo, że w przewodnikach ostrzegają, że tu niebezpiecznie, nie wyglądało to tak jak się spodziewałem. Po ulicach chodzili uśmiechnięci ludzie, nie widziałem wprawdzie białych, ale prowadzono za to intensywne remonty chodników i ulic ze względu na mistrzostwa świata w piłce nożnej, które mają się tu niebawem rozegrać. Miasto z dużym centrum handlowym, na obrzeżach stare kopalnie złota i wyrobiska, które ponownie przepłukują w poszukiwaniu kruszczca. Widocznie stare technologie coś pozostawiły, co teraz można jeszcze odzyskać. Johannesburg to właśnie miasto złota – czyli Egoli. Tu się zaczęła gorączka złota w XIX wieku, która spowodowała jeszcze większe napięcia w kraju.


Pierwszym przystankiem (po stacji benzynowej ) było muzeum apartheidu.

Muzeum robi wrażenie. Na początku dostaje się przepustkę dla białych lub niebiałych, i wchodzi się do muzeum różnymi wejściami. Widzimy różne części wystawy które pokazują identyfikatory, które musieli nosić wszyscy nie europejczycy czyli biali. Ja dostałem przepustkę jako nie-europejczyk, a mój kolega z Indii jako europejczyk. Dobry zabieg, żeby od razu sobie uświadomić o czym jest to muzeum. Kolega z Indii nie bardzo chyba wiedział co to apartheid, i pytał się czy nadal są takie elementy segregacji. Jestem pewien, że moja wiedza o Indiach, też mogłaby go śmieszyć. Muzeum jest bardzo rozległe i po 1,5 godziny zwiedzania końcówkę już przelecieliśmy. Mój hinduski kolega jeszcze bardziej dokładnie czytał napisy niż ja, myślę, że mogło by nam jeszcze zająć ze 2 godziny , żeby dokładnie obejrzeć ale przecież nie o to chodzi. Jest dużo wstrząsających filmów ze scenami bicia czarnej ludności przez białych policjantów, walki uliczne, wszystko w kolorze, aż trudno uwierzyć że to się działo tak niedawno temu. Dzięki muzeum zacząłem rozumieć skąd się wzięła polityka apartheidu. Otóż w okresie industrializacji, kiedy do miast zaczęła napływać czarna ludność, biali zaczęli się czuć zagrożeni. Zaczęli mieć coraz silniejszą konkurencję w postaci tańszej siły roboczej. Stąd partia narodowa zaczęła wprowadzać przepisy chroniące białych robotników i coraz bardziej sankcjonować czarnych. To były już lata 40te ubiegłego wieku. Biali nie chcieli asymilacji. Największą zasługą Nelsona Mandeli było to, że kiedy wyszedł z więzienia i zaczęły się pokojowe przemiany w 1994, wyszedł z pomysłem na budowę wspólnego państwa, nie sięgnął po przemoc i siły militarne. Mógł to zrobić, gdyż partia ANC miała oddziały, które szkoliły się poza granicami kraju. Mandela mimo 26 lat w więzieniu wyszedł z wizją wspólnego państwa, bez względu na kolor skóry. Wielu białych obawiając się o swoją przyszłość wyjechało z kraju, część z nich potem wróciła. Jak to powiedział nasz przewodnik, wyjechali bogaci a wrócili biedni, bo nigdzie nie mogli żyć, tak jak żyli w RPA.


Po drodze okazało się, że skończyły mi się baterie w aparacie a zapasowe mam nienaładowane. Kupiłem paluszki na stacji, ale nie były alkaliczne, w dodatku były niefermowe, więc po 5 minutach aparat odmówił współpracy. Na następnej stacji kupiłem Panasonic, niestety też nie alkaliczne, starczyły na kilka kluczowych fot, po czym też padły.

Następnie poszliśmy na lunch w Soweto. Bardzo fajny mały lokal z bufetem, akurat miejscowa radiostacja nadawała na żywo z tej knajpy. Na obiad zjadłem mieszankę różnych potraw, były flaki (a może żoładki) jagnięce, była wołowina, fasolka i dużo warzyw. Mają też coś co się nazywa pop - wygląda jak puree z ziemniaków, tyle że jest z kukurydzy. Na deser były lody z budyniem, bardzo fajne połączenie, koniecznie muszę powtórzyć w domu  Właściciel knajpy jeździł sobie Harleyem po okolicy. Był tylko jeszcze jeden biały w knajpie, też z jakieś wycieczki. Tuż za knajpą, jak nam zdradził nasz przewodnik (lubi robić niespodzianki), jest dom biskupa Tutu (jedna z kluczowych postaci ruchu niepodległościowego, który działał razem z Mandelą). Zresztą dom Mandeli też był na tej samej ulicy, tylko że był w trakcie remontu.

W końcu, w muzeum Hectora Pietersona udało mi się kupić baterie Kodaki do cyfrówek. Hektor Pieterson to był chłopiec, którego zdjęcie obiegło cały świat, kiedy został zastrzelony na ulicy w Soweto podczas buntu młodzieży w 1976r. Zwiedziliśmy jego pomnik, obok którego było słynne zdjęcie w powiększeniu. Kupiłem tu trochę pamiątek od handlarzy.


Objechaliśmy dzielnicy, które nie wyglądały biednie. Domy były przyzwoite, było dużo dobrych samochodów. Widziałem też śmieszne scenki, jak różne ‘small businessy’ tu funkcjonują (myjnie, stragany). Ktoś naprawiał samochody mając do dyspozycji kawałek trawnika przy rondzie, spawarkę i najazd (czyli coś jak kanał tylko że nad powierzchnią).

Pod koniec wycieczki odwiedziliśmy kościół w którym zebrali się studenci w 1976 roku po tym jak zaczęły się zamieszki. Do kościoła wtargnęła wtedy policja i kazała opróżnić kościół. Uszkodzili kamienny ołtarz i zaczęli strzelać w powietrze. Zniszczone zostały witraże, ale nikomu się nic nie stało. Witraże zostały odrestaurowane dzięki Jolancie Kwaśniewskiej w 1999 roku . Jeszcze jedna ‘niespodzianka’ naszego przewodnika. Jak zawsze na wyjazdach wystąpił syndrom ‘powracających ludzi’, jak nazywam widzenie tych samych ludzi tego samego dnia w zupełnie innym miejscu. Ekipa z białym z knajpy podjechała pod kościół jak wychodziliśmy.


Ostatni przejazd po Soweto to były już nieliczne slumsy. Nie wyglądały tak źle jak się spodziewałem, były tylko 3 takie rejony w Soweto i to były niewielkie. Większość ludzi przesiedlono już do domów, które cały czas powstają.

Po powrocie trafiłem na nowego sąsiada. Pan w okolicach 50tki po akcencie myślałem, że Rosjanin, okazał się rumuńskim dyplomatą z Ruandy, który przylatuje tu raz w miesiącu. Powiedziałem mu, że jestem z Polski i z Węgier, powiedział że pochodzi z Transylwanii, ale woli mówić po angielsku. Jako jedyny w rodzinie nie rozmawia po węgiersku. Powiedział, że w Ruandzie sąsiaduje z Polskim ambasadorem.

Pomyślałem sobie, że może zostanę dyplomatą. Tylko pytanie czym się zajmują na co dzień oprócz nawiązywania i utrzymywania kontaktów?

sobota, 14 czerwca 2008

Afryka dzika RPA - dzień 4 - sobota

Rano jak jechaliśmy na uczelnię wszędzie było pełno młodych czarnych, którzy chcieli zatrzymać nasz samochód. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi, czy to byli nowocześni żebracy (wszyscy mieli kamizelki odblaskowe). Okazało się, że dziś jest mecz i to byli parkingowi naganiacze. W czasie lunchu panie z uczelni wzięły mnie na obiad na teren campusu uniwersyteckiego do steak house w stylu amerykańskim obok którego wystawiono telebim, gdyż o 15 grała drużyna rugby RPA przeciwko Walii na stadionie nieopodal. Ostatnio RPA wygrała z Walią i teraz też nie było się można spodziewać innego wyniku dlatego stadion wyglądał na pustawy.

Po pracy przeszedłem się pieszo z kwatery do najbliższego centrum handlowego. Po drodze mijałem wiele domów z elektrycznym płotem. Na rogu ulicy siedziało kilka czarnych kobiet na trawniku i rozmawiały. W centrum handlowym prawie wszystko pozamykane. Wszedłem do supermarketu po wodę i soki i przy okazji się rozejrzeć za czymś typowo miejscowym. Oprócz suszonych kawałków wołowiny, które nie wzbudziły mojego apetytu ani zainteresowania ciężko mi było znaleźć coś ciekawego. Wszędzie europejskie marki. Półka z winami wyglądał już dużo bardziej atrakcyjne. Gospodarze mi powiedzieli dziś, że każde wino stołowe z RPA jest dobre, nie trzeba kupować tych drogich. Kupiłem dwie małe butelki na próbę. Polecili mi miejscowy szczep, którego nazwę zapomniałem, ale jeszcze sprawdzę. Wracając z supermarketu zaczepił mnie człowiek siedzący na trawniku prosząc o jedzenie. Miałem duży dylemat czy zrobić tak jak wszyscy tu i zignorować, czy dla spokoju coś mu dać, żeby się czuć bezpiecznym następnym razem. Nie wiedziałem jak zareagować, normalnie zawsze daję parę złotych komuś kto mnie o to prosi na ulicy, wychodząc założenia, że ja nie zbiednieję a tej osobie może coś to pomóc.


Wieczorem pojechałem z kolegą z Indii do restauracji. Jechaliśmy samochodem, który wypożyczyła dla niego uczelnia. Miał też GPSa mimo, że ja miałem mapę i droga była prosta i tak pokierował nas GPS. W knajpie dużo opowiadałem mu o Polsce, pytałem go też o Indie. Pytał mnie o ile trwał przelot, opowiedziałem mu też o naszym najdłuższym przelocie, oraz o najdłuższej jeździe pociągiem (36 godzin - Ukraina). Uśmiechnął się, ale trochę było mi potem głupio jak mi powiedział, że on na studiach dojeżdżał tyle do domu, a czasem nawet dłużej. Oczywiście jeździł tylko kilka razy w roku, ale zawsze. Restauracja oczywiście była indyjska. Na koniec mój kolega powiedział, że zapłaci i wyciągnął służbowa kartę American Express. Także zjedliśmy na koszt oddziału Oracle’a w Indiach.  Pytałem go jak smakowało mu jedzenie, powiedział że to 30% wrażeń smakowych w stosunku do tego co by miał w domu. Zasugerowałem, że pewno chodzi o świeżość przypraw, on wspomniał o intensywności. Potem odstawił mnie do domu i umówiliśmy się na jutro – rano przyjedzie do mnie przewodnik i zgarniemy go po drodze i ruszymy do Soweto.

Wieczorem obejrzałem film A Dry White Season z Donaldem Sutherlandem w roli głównej. Film fikcyjny, ale ilustrujący to co się działo w latach apartheidu. Historia białego nauczyciela, który odkrywa, że syn jego czarnego ogrodnika został zabity przez policję podczas przesłuchania w areszcie. Postanawia wyjawić prawdę, prowadzi śledztwo na własną rękę, jest prześladowany przez policję, przegrywa jeden proces mimo niezbitych dowodów, następnie zostaje zabity przez policjanta, który uśmiercił także tamtego chłopca. Film pokazuje okrucieństwo systemu, które tu się toczyło w tym kraju. Zastanawia mnie co było gorsze apartheid tu czy lata 46-56 u nas. Nie sposób tego chyba porównać, gdyż policja działała tu tak aż do lat 90tych ubiegłego wieku. Nie należy zapominać, że to w RPA powstały pierwsze obozy koncentracyjne założone przez anglików podczas wojen Burskich (przeciwko Burom, czyli białym mieszkańcom RPA pochodzenia głównie holenderskiego, którzy bronili niepodległości przed Brytyjczykami).

piątek, 13 czerwca 2008

Afryka dzika RPA - dzień 3

Wczorajsza kolacja przyjemnie – zamówiłem indyjskie jedzenie, właściciel Guesthouse zaproponował mi kieliszek wina – było bardzo dobre, do tego puściłem sobie muzykę barokową i relaks. W takich warunkach można nie zauważyć że się jest w Afryce – w telewizji reklama Danone Activa.

Uruchomiłem ogrzewanie, przykryłem się dodatkową kołdrą i było znacznie lepiej. Będę jednak unikał jedzenia mięsa wieczorem bo jeszcze cały następny dzień czułem się najedzony.

Przy śniadaniu Zauważyłem, że jogurt który mi podano jest Hallal (czyli ‘koszerny’ dla muzułmanów).

Poznałem hindusa z Bangalore, który pracuje tu na uczelni z ramienia innej firmy. Śmieszny koleś. Jutro pewno pojedziemy z nim gdzieś zjeść po południu, gdyż on ma samochód wypożyczony przez uczelnię i GPS który dostał od kierownika projektu. Ma też jedną zaletę, której ja nie posiadam – potrafi prowadzić bo lewej stronie drogi  Może spróbuję, tu jeżdżą bardziej zgodnie z przepisami niż na Bali gdzie byliśmy w podróży poślubnej (o czym opowiem w innym poście).

Wrażenia z przejazdu po centrum wieczorem – na ulicach nie ma białych. Ani jednego. To chyba jest to ‘ghost cities’ o czym czytałem w przewodniku. Dziś poruszyłem w rozmowie z gospodarzami z uczelni problem odgradzania się białych wysokimi murami i czy to jest konieczne w tej okolicy. Odpowiedzi były zdecydowanie na tak, ale pytani o argumenty odpowiadali różnie. Jeden mówił, że jak sąsiad ma 1,5 m płot, to Ty chesz mieć 2,5m, w końcu jak przyjdą żeby Cię obrabować, związać i zgwałcić to wybiorą najniższy płot na ulicy.

Znowu usłyszałem przedrzeźnianie ‘maid’ przez jednego z gospodarzy…

Przy obiedzie z pracownikami uczelni powiedziałem, że chciałbym odwiedzić Soweto i biali pracownicy zwrócili się do siedzących obok siebie czarnych pracowników przy naszym stole z pytaniem czy poniedziałek będzie dobrym dniem na taką wycieczkę. Okazuje się że poniedziałek to święto młodzieży, na cześć wydarzeń w 1976r kiedy próbowano siłą wprowadzić język Afrikaans do szkół, na co czarna młodzież właśnie z dzielnicy Soweto zaczeła pokojowy protest, który został ostrzelany przez policję. Zdjęcie zabitego chłopca niesionego przez kolegę obiegło wówczas cały Świat. Jego imię nosi muzeum w Soweto, które mam zamiar odwiedzić. Dalej rozmowy potoczyły się w stronę biznesu, nasza gospodyni zaczęła mówić o tym jak kiedyś miała swój biznes w bardzo dobrze sprecyzowanej niszy. Robiła kursy komputerowe dla kobiet, które kiedyś pracowały używając maszyn do pisania, potem zajęły się wychowywaniem dzieci, a kiedy chciały wrócić do pracy była już era pecetów. Mówiła że jej kursy były znacznie bardziej przystępne niż ówczesne kursy Microsoftu. Potem rozszerzyła działalność na szefów firm, w których sekretarki przychodziły na kursy w ciągu dnia, a szefowie którzy jeszcze mniej potrafili się posługiwać komputerami przychodzili późnymi wieczorami, żeby nikt ich nie widział. Następnie ludzie zaczęli jej przynosić komputery do naprawy i tak jej dom coraz bardziej zamieniał się w firmę. Gdy chciała zaanektować drugą sypialnię na magazyn komputerów, jej mąż stanowczo zaprotestował. Mniej więcej w tym czasie córeczka wyłączyła jej komputer podczas rozmowy z klientem, żeby wreszcie zwróciła na nią uwagę. Po tych i innych wydarzeniach (pojawienie się konkurencji) postanowiła skończyć z biznesem i trafiła na uczelnię gdzie pracuje się od 8 do 15. Rozmowy o biznesie podchwycili też jej czarni koledzy, z których jeden opowiadał o swoim koledze który robi biznes w transporcie towarów z kopalni. Mówił że sam potrzebuje kilku tysięcy dolarów żeby zacząć podobny biznes. Potem odeszliśmy od stołu i zacząłem go pytać z ciekawości o te pomysły o tym jakie są możliwości w RPA, o tym jakie ma możliwości zdobycia kapitału tu i na rynku międzynarodowym. Z pewnością okazji do zarobienia w RPA obecnie nie brakuje, trzeba tylko zacząć od czegoś prostego i ‘build from that’. Potem zaoferował mi kontakt do swojego kolegi, który mógłby nas obwieźć po Soweto. Zbiegiem okoliczności, przewodnik ten okazał się tym samym, którego polecił mi człowiek, który przywiózł mnie z lotniska do Guest House. Okazało się że zna gospodarzy.

Jutro muszę jeszcze trochę popracować na uczelni, a potem wybierzemy się do centrum handlowego, żeby zobaczyć RPA od strony życia poza wysokimi płotami ;-)

czwartek, 12 czerwca 2008

Afryka dzika czyli podróż do RPA

Dzień 0 – decyzja o wyjeździe


Jeszcze nigdy tak szybko nie musiałem się spakować na tak daleką podróż. Oczywiście wolę to niż tracić tydzień z zaplanowanego urlopu, wybrałem więc opcję polecieć na służbową podróż parę dni wcześniej. Lecę w sprawie projektu wdrożenia systemu na uniwersytecie w Pretorii.
Kupiłem pierwszy i jedyny przewodnik po RPA w Empiku. Przewodnik Baedeker, wygląda dobrze i jest z załączoną mapą, o której nawet myślałem żeby kupić (całość 84 zł).

W domu spakowałem się w duża walizkę, mimo, że się zastanawiałem czy nie będę głupio wyglądał, co okazało się kompletnie bezpodstawnym myśleniem.
Dzień 1 przelot

WAW-AMS

Wstałem o 4.15 i nieprzytomny wziąłem prysznic. Potem pożegnanie z żoną i wyjazd na lotnisko. Zegarek, który założyłem miał 10 minut jak się w pewnym momencie zorientowałem beztrosko czytając książkę, ale i tak miałem zapasem ruszyłem na lotnisko taksówką.

Na lotnisku tak długo kręciłem się po perfumerii, że aż zaczęli mnie wywoływać. Zapomniałem że jak wylot jest o 6.45 to nie oznacza że boarding się o tej porze zaczyna J tylko że trzeba być o 6.30 najpóźniej przy bramce. Chyba dawno nie leciałem nigdzie.

W folderze linii KLM zobaczyłem ciekawy wynalazki:

Uniwersalna ładowarka do różnych urządzeń (ipod, telefony, itd.) na baterię słoneczną (Solar Money 59EUR) niewielkie urządzenie, które może być przydatne w terenie. Inna opcja to ładowarka z akumulatorem, który ma pojemność 30 godzin dla urządzeń o małym napięciu (Philips portale Power, w samolocie za 48EUR).

Przeczytałem też artykuł o holenderskim świetle. O tym jak różni malarze studiowali niezwykłe zjawiska świetlne, oraz w jakich miejscach można je oglądać. Po tym jak wysiadłem z samolotu w Amsterdami i się rozejrzałem, rzeczywiście światło było interesujące, takie miękkie, jak masło rozpływające się po okolicy.


AMS-JNB

Na pokładzie są też rodziny z dziećmi. Wcześniej sądziłem że takiej trasy liczącej 10 godzin nie da się bez krzyku maluchów przelecieć. Tymczasem nikt nie płacze, dzieci śpią albo się bawią. Może dzięki temu że nikt nie hałasuje i jednostajny dźwięk silnika je uspokaja. Lot minął przyjemnie, zmusiłem się żeby popracować na komputerze, i dobrze bo dzięki temu się trochę przygotowałem do prezentacji.

Przelot nad Saharą, która wygląda jak może piasku. Blisko równika jest może drzew – dżungla bez widocznych śladów działalności człowieka. Zupełne inne wrażenie niż przelot nad Europą, gdzie wszędzie widać szachownice pół uprawnych.

Zaszło słońce i przez półmrok przebijają się z dołu pojedyncze skupiska czerwonych świateł. Wyglądają jak ogniska w wioskach.

Łatwość z jaką się teraz podróżuje wprawia mnie w zakłopotanie. Na ekranie w samolocie wyświetla się mapa, z której wynika, że jestem teraz na szerokości geograficznej Madagaskaru, a przecież kilkanaście godzin temu brałem prysznic na Marymoncie w naszym mieszkaniu. Dawniej podróż była wielkim wydarzeniem, trzeba było się starannie i długo przygotowywać. Ja spakowałem się w 1,5 godziny i zaopatrzony w przewodnik i 50 EUR w gotówce wsiadłem do samolotu. Teraz wystarczy podejść do bankomatu w dowolnym miejscu i wyjąć pieniądze ze swojego konta na drugim końcu świata. Nauczyłem się jednak brać więcej gotówki na wypady poza miejskie, po tym jak parę razy mi zabrakło nawet w Polsce

Pretoria - zakwaterowanie

Mieszkam w bardzo fajnym miejscu, a obawiałem się tego gdzie będę mieszkał. Pisali mi, że będę mieszkał w guesthouse. Sądziłem, że to będzie mieszkanie, które wynajmuje firma która mnie tu zaprosiła i będzie to gdzieś w centrum i nie będę miał śniadań, nikogo o co spytać itp. Tymczasem dojechaliśmy do dzielnicy willowej, wszystkie domy otoczone 3metrowym murem z drutem kolczastym pod prądem, strażnikami na rogach ulic. Biali się odgradzają. Avalon Guest House okazał się domkiem z dwoma 5-gwiazdkowymi apartamentami dla gości, tuż obok domu gospodarzy.

Zwyczaje – wieczorem należy odhaczyć co chcemy na śniadanie i umieścić tę kartkę w specjalnej skrzynce obok drzwi gospodarzy (nie miąć tylko wsadzić powiedział gospodarz). Rano pozostawić otwarte drzwi od strony kuchni, żeby obsługa mogła podać śniadanie. Apartament bardzo wygodny urządzony Afryka-style z reprodukcjami holenderskiego malarstwa i meblach z pięknego ciemnego drewna. Duże wygodne nowe łóżko (nie znoszę zużytych materacy), gustownie urządzona biblioteczka z pełną encyklopedią britannicą oraz figurkami afrykańskimi. Jest Internet, gniazdka z przejściówkami europejskimi (śmieszne ale gniazdka, które są używane w RPA są chyba największe na świecie) .

Dzień 2 – Pretoria

W nocy trochę zimno, jakoś nie wziąłem na serio tego, że tu jest zima i w nocy temperatura może spaść do zera. A ponieważ ogrzewania nie ma, jest tylko klimatyzacja (która wydawało mi się że grzać nie potrafi), będę musiał poprosić o dodatkowy koc. Tak to jest w krajach, gdzie zima nie jest jakaś szczególna i nie instaluje się ogrzewania ( a w dzień temperatura utrzymuje się na przyjemnym poziomie 20 stopni).

Rano przyszła Johanna, czarna starsza kobieta (albo mi się tak wydaje, bo miała chore oko) i zwyczajowo spytała ‘how are you? po czym od razu sama sobie odpowiedziała ‘I’m fine thank you’ na pytanie, któro powinno paść ode mnie w ramach wymiany grzeczności, a którego nie zdążyłem zadać.

Od rana usłyszałem deklaracje pomocy ze strony człowieka z firmy, która mnie zaprosiła, że na weekend możemy się umówić na wycieczkę do parku narodowego, że zadba o moją kolację. Potem od kierownika projektu ze strony uczelni, że pomoże mi wynająć samochód, że mnie skontaktuje z człowiekiem z Indii z firmy, która też robi projekt dla uczelni i który mieszka niedaleko mnie, tak żebyśmy mogli coś razem porobić, podzielić się jazdą samochodem. Myślę że jazdę chętnie oddam, tu ruch jest lewostronny i niebezpieczne drogi, więc nie będę się tu uczył . Panie z ‘dziekanatu’ matczyne w swojej gościnności odesłały mnie po południu wcześniej na kwaterę, żebym się wyspał i załatwiły mi też zamówienie dostawy jedzenia do domu na koszt uczelni.


Prawie każdy biały, z którym rozmawiałem wspomina coś o problemach z ‘czarnymi’.
To że kiedyś ich nie było tyle w mieście, albo Pani z uczelni, która mówi mi ze w RPA jest taki problem, ze kiedy instruuje swoją ‘housemaid’, żeby jej mówiła zanim się mydło skończy, mimo to, ona od 20 lat jej mówi dopiero jak się skończy. Próbowała już zaznaczać poziom mydła przy którym powinna je powiadamiać, mimo to zawsze mówi - ‘Milady the soap is out’. Może to jest ich głęboko zakorzeniony system myślenia – jest coś lub czegoś nie ma. Nie ma stanu pośredniego. Mówiła o tym w nawiązaniu do rozmowy o świeżo upieczonym managerze na uczelni, który to zajmuje się magazynem (ulotki, formularze) i który właśnie przyszedł z problemem, że coś tam się skończyło.

Z tego co widzę wszyscy pracownicy niższego szczebla to czarni. Nie będę używał terminu rdzenni mieszkańcy, gdyż rdzennymi byli ludy Khoni-San wyparte później przez czarnych przybyszy z środkowej części lądu. Wyróżnia się tu następujące rasy – czarni, biali, kolorowi, hindusi, azjaci. Nikt tu nie używa innej terminologii. Informacje o rasie są zbierane w różnych systemach, ze względu na ustawy mające na celu wyrównywaniu szans czarnych w zatrudnianiu i przyjmowaniu studentów na uczelnie. Np. czarnego pracownika można zatrudnić z wolnej ręki (bez rekomendacji i doświadczania) na dane stanowisko.

Uczelnia ma bardzo ładny Campus, architektura jest mieszanką lat 60tych (beton i stal) z nowszymi ładnymi ceglanym budynkami w stylu ‘afrykańskim’.

Historia RPA jest bardzo zawiła. Od lądowania holendrów w XVII wieku, przez wojny Zuluskie, rządy Brytyjczyków i apartheid, aż do zniesienia go w 1994 roku. Dopiero zacząłem się wgłębiać w historię tej części kontynentu, ale zadziwiające jak mało o tym uczą nas w szkołach.

Sytuacja mimo tych pozytywnych przemian, wygląda coraz gorzej. Pogłębiająca się przepaść ekonomiczna, widoczna w centrach dużych miast, jak Johannesburg, które zamieniają się po zmroku i w weekendy w miasto duchów, po którym lepiej nie poruszać się samemu. O tym piszą też w kilku miejscach w przewodniku i facet który wiózł mnie z lotniska też o tym wspominał – nie włóczyć się samemu bez celu, nie trzymać komórki i aparatu na wierzchu, najlepiej zostawić portfel i paszport w hotelu i brać ze sobą tylko niezbędną ilość gotówki.
Zastanawia mnie też czy do tej paranoi nie przyczynia się coraz bardziej odgradzanie się białych. Czarni widocznie jak już zobaczą takiego białego, co sobie beztrosko spaceruje to jest łakomym kąskiem.

Dzień pracy kończy się wcześni i zaczyna się wcześnie. Pracownicy uczelni zaczynają o 7.30 a kończą o 15.30. Myślę że taki kolonialny 6-godzinny tryb pracy obowiązuje tylko białych lub tylko administrację państwową (czytałem w przewodniku, że czarni pracowali kiedyś 15% więcej za 20 razy mniej czy jakoś tak). Zrozumiałem też dlaczego akurat te godziny pracy. Latemm gdy jest gorąco najlepiej się pracuje w wczesnych godzinach. Zimą (czyli teraz w czerwcu) dzień jest bardzo krótki, więc obie pory roku sprzyjają tym godzinom.


W weekend mam zamiar odwiedzić park Pillansburg oraz dzielnicę Sowato (czyli South West Township – dzielnice czarnych, gdzie można się wybrać na wycieczkę z przewodnikiem i odwiedzić m.in. muzeum apartheidu.