niedziela, 15 czerwca 2008

Afryka dzika RPA - dzień 5 - niedziela

Rano przyjechał przewodnik, bardzo przyjemny człowiek. Dużo opowiadał, pożartowaliśmy na temat dnia ojca, po drodze do Soweto opowiadał nam różne historie.

Przejechaliśmy przez Johannesburg, przewodnik obwiózł nas przez najważniejsze miejsca. Przez jakiś czas po upadku apartheidu centrum wypustoszało, potem napłynęli tam czarni, a teraz część biznesu i firm zaczyna tam wracać, gdyż jest taniej niż w nowej dzielnicy handlowej. Mimo, że w przewodnikach ostrzegają, że tu niebezpiecznie, nie wyglądało to tak jak się spodziewałem. Po ulicach chodzili uśmiechnięci ludzie, nie widziałem wprawdzie białych, ale prowadzono za to intensywne remonty chodników i ulic ze względu na mistrzostwa świata w piłce nożnej, które mają się tu niebawem rozegrać. Miasto z dużym centrum handlowym, na obrzeżach stare kopalnie złota i wyrobiska, które ponownie przepłukują w poszukiwaniu kruszczca. Widocznie stare technologie coś pozostawiły, co teraz można jeszcze odzyskać. Johannesburg to właśnie miasto złota – czyli Egoli. Tu się zaczęła gorączka złota w XIX wieku, która spowodowała jeszcze większe napięcia w kraju.


Pierwszym przystankiem (po stacji benzynowej ) było muzeum apartheidu.

Muzeum robi wrażenie. Na początku dostaje się przepustkę dla białych lub niebiałych, i wchodzi się do muzeum różnymi wejściami. Widzimy różne części wystawy które pokazują identyfikatory, które musieli nosić wszyscy nie europejczycy czyli biali. Ja dostałem przepustkę jako nie-europejczyk, a mój kolega z Indii jako europejczyk. Dobry zabieg, żeby od razu sobie uświadomić o czym jest to muzeum. Kolega z Indii nie bardzo chyba wiedział co to apartheid, i pytał się czy nadal są takie elementy segregacji. Jestem pewien, że moja wiedza o Indiach, też mogłaby go śmieszyć. Muzeum jest bardzo rozległe i po 1,5 godziny zwiedzania końcówkę już przelecieliśmy. Mój hinduski kolega jeszcze bardziej dokładnie czytał napisy niż ja, myślę, że mogło by nam jeszcze zająć ze 2 godziny , żeby dokładnie obejrzeć ale przecież nie o to chodzi. Jest dużo wstrząsających filmów ze scenami bicia czarnej ludności przez białych policjantów, walki uliczne, wszystko w kolorze, aż trudno uwierzyć że to się działo tak niedawno temu. Dzięki muzeum zacząłem rozumieć skąd się wzięła polityka apartheidu. Otóż w okresie industrializacji, kiedy do miast zaczęła napływać czarna ludność, biali zaczęli się czuć zagrożeni. Zaczęli mieć coraz silniejszą konkurencję w postaci tańszej siły roboczej. Stąd partia narodowa zaczęła wprowadzać przepisy chroniące białych robotników i coraz bardziej sankcjonować czarnych. To były już lata 40te ubiegłego wieku. Biali nie chcieli asymilacji. Największą zasługą Nelsona Mandeli było to, że kiedy wyszedł z więzienia i zaczęły się pokojowe przemiany w 1994, wyszedł z pomysłem na budowę wspólnego państwa, nie sięgnął po przemoc i siły militarne. Mógł to zrobić, gdyż partia ANC miała oddziały, które szkoliły się poza granicami kraju. Mandela mimo 26 lat w więzieniu wyszedł z wizją wspólnego państwa, bez względu na kolor skóry. Wielu białych obawiając się o swoją przyszłość wyjechało z kraju, część z nich potem wróciła. Jak to powiedział nasz przewodnik, wyjechali bogaci a wrócili biedni, bo nigdzie nie mogli żyć, tak jak żyli w RPA.


Po drodze okazało się, że skończyły mi się baterie w aparacie a zapasowe mam nienaładowane. Kupiłem paluszki na stacji, ale nie były alkaliczne, w dodatku były niefermowe, więc po 5 minutach aparat odmówił współpracy. Na następnej stacji kupiłem Panasonic, niestety też nie alkaliczne, starczyły na kilka kluczowych fot, po czym też padły.

Następnie poszliśmy na lunch w Soweto. Bardzo fajny mały lokal z bufetem, akurat miejscowa radiostacja nadawała na żywo z tej knajpy. Na obiad zjadłem mieszankę różnych potraw, były flaki (a może żoładki) jagnięce, była wołowina, fasolka i dużo warzyw. Mają też coś co się nazywa pop - wygląda jak puree z ziemniaków, tyle że jest z kukurydzy. Na deser były lody z budyniem, bardzo fajne połączenie, koniecznie muszę powtórzyć w domu  Właściciel knajpy jeździł sobie Harleyem po okolicy. Był tylko jeszcze jeden biały w knajpie, też z jakieś wycieczki. Tuż za knajpą, jak nam zdradził nasz przewodnik (lubi robić niespodzianki), jest dom biskupa Tutu (jedna z kluczowych postaci ruchu niepodległościowego, który działał razem z Mandelą). Zresztą dom Mandeli też był na tej samej ulicy, tylko że był w trakcie remontu.

W końcu, w muzeum Hectora Pietersona udało mi się kupić baterie Kodaki do cyfrówek. Hektor Pieterson to był chłopiec, którego zdjęcie obiegło cały świat, kiedy został zastrzelony na ulicy w Soweto podczas buntu młodzieży w 1976r. Zwiedziliśmy jego pomnik, obok którego było słynne zdjęcie w powiększeniu. Kupiłem tu trochę pamiątek od handlarzy.


Objechaliśmy dzielnicy, które nie wyglądały biednie. Domy były przyzwoite, było dużo dobrych samochodów. Widziałem też śmieszne scenki, jak różne ‘small businessy’ tu funkcjonują (myjnie, stragany). Ktoś naprawiał samochody mając do dyspozycji kawałek trawnika przy rondzie, spawarkę i najazd (czyli coś jak kanał tylko że nad powierzchnią).

Pod koniec wycieczki odwiedziliśmy kościół w którym zebrali się studenci w 1976 roku po tym jak zaczęły się zamieszki. Do kościoła wtargnęła wtedy policja i kazała opróżnić kościół. Uszkodzili kamienny ołtarz i zaczęli strzelać w powietrze. Zniszczone zostały witraże, ale nikomu się nic nie stało. Witraże zostały odrestaurowane dzięki Jolancie Kwaśniewskiej w 1999 roku . Jeszcze jedna ‘niespodzianka’ naszego przewodnika. Jak zawsze na wyjazdach wystąpił syndrom ‘powracających ludzi’, jak nazywam widzenie tych samych ludzi tego samego dnia w zupełnie innym miejscu. Ekipa z białym z knajpy podjechała pod kościół jak wychodziliśmy.


Ostatni przejazd po Soweto to były już nieliczne slumsy. Nie wyglądały tak źle jak się spodziewałem, były tylko 3 takie rejony w Soweto i to były niewielkie. Większość ludzi przesiedlono już do domów, które cały czas powstają.

Po powrocie trafiłem na nowego sąsiada. Pan w okolicach 50tki po akcencie myślałem, że Rosjanin, okazał się rumuńskim dyplomatą z Ruandy, który przylatuje tu raz w miesiącu. Powiedziałem mu, że jestem z Polski i z Węgier, powiedział że pochodzi z Transylwanii, ale woli mówić po angielsku. Jako jedyny w rodzinie nie rozmawia po węgiersku. Powiedział, że w Ruandzie sąsiaduje z Polskim ambasadorem.

Pomyślałem sobie, że może zostanę dyplomatą. Tylko pytanie czym się zajmują na co dzień oprócz nawiązywania i utrzymywania kontaktów?

Brak komentarzy: