Pilanesburg - Park krajobrazowy
Wcześni rano ruszyliśmy do Pilanesburg – parku krajobrazowego niedaleko Johannesburga, położonego na terenie pozostałości kaldery wulkanu. Wg informacji na miejscu jest to ślad po jednym z największych ‘tego typu’ wulkanów na świecie. Ciekawe tylko co to znaczy tego typu? Teren jest pagórkowany i ma promień 110 km. Na terenie parku swobodnie poruszają się dzikie zwierzęta, a ludzie powinni pozostawać w samochodach i trzymać się dróg (przeważnie żwirowych). Krótko mówiąc miałem namiastkę safari. Jeśli chodzi o zwierzęta to widzieliśmy coś gazelo podobnego, hipopotamy, nosorożce, żyrafy, zebry i chyba lwy. Następnym razem muszę ze sobą mieć aparat z sensownym zoomem, patrząc po zdjęciach. Tylko jeden dzik podszedł bardzo blisko. Zjedliśmy też lunch w małym zajeździe na terenie parku, tu kupiłem też kolejne pamiątki tym razem po bardzo korzystnych cenach. W parku jest kilka sztucznych zalewów, zrobionych po to by na suchsze tereny mogły powrócić zwierzęta.
Nie widzieliśmy niestety słonia, ale i tak wyjazd był udany. Co drugi samochód to land rover, bądź jakiś pickup – tu w terenie bardzo przydatne. Patrząc na emerytów w tych samochodach, myślałem sobie że taki życie też można by wieść – wciąż podróżować.
Wracając chcieliśmy przejechać zaporą, która jest malowniczo położona. Był duży korek tuż przed nią, co wykorzystywali miejscowi sprzedawcy oferując od pomarańczy i awokado, po rzeźby i reklamowe kieliszki do wina. Nasz gospodarz wycieczki, kolega z firmy, która mnie zaprosiła znów dawał wyraz swojej ‘sympatii’ do czarnych mieszkańców tego kraju. Jego dziewczyna starała się go besztać. Zapora była bardzo ładna, był nawet na niej mały łuk triumfalny, o którym nie dowiedziałem się niestety więcej.
Po powrocie okazało się, że zniknęła moja wkładka dentystyczna, zostawiłęm ją koło łóżka a ponieważ (przypomniało mi się po wyjeździe) wyglądała jak duża zwinięta guma do żucia, widocznie sprzątaczka ją wyrzuciła.
Napiszę jeszcze wczorajszej kolacji – poszliśmy z kolegą hindusem do knajpy włoskiej, zjadłem bardzo dobre panierowane kalmary i sałatkę. Lokal był klimatyczny - nazywa się Capissh? W menu wpleciona jest historia włoskiego imigranta, są stare zdjęcia, nad wejściem do lokalu stoi wrak Vespy.
Dziś namówiłem kolegę na to, żeby wcześniej wyjść na jedzenie, bo lunch jedliśmy jeszcze przed południem.
Wcześni rano ruszyliśmy do Pilanesburg – parku krajobrazowego niedaleko Johannesburga, położonego na terenie pozostałości kaldery wulkanu. Wg informacji na miejscu jest to ślad po jednym z największych ‘tego typu’ wulkanów na świecie. Ciekawe tylko co to znaczy tego typu? Teren jest pagórkowany i ma promień 110 km. Na terenie parku swobodnie poruszają się dzikie zwierzęta, a ludzie powinni pozostawać w samochodach i trzymać się dróg (przeważnie żwirowych). Krótko mówiąc miałem namiastkę safari. Jeśli chodzi o zwierzęta to widzieliśmy coś gazelo podobnego, hipopotamy, nosorożce, żyrafy, zebry i chyba lwy. Następnym razem muszę ze sobą mieć aparat z sensownym zoomem, patrząc po zdjęciach. Tylko jeden dzik podszedł bardzo blisko. Zjedliśmy też lunch w małym zajeździe na terenie parku, tu kupiłem też kolejne pamiątki tym razem po bardzo korzystnych cenach. W parku jest kilka sztucznych zalewów, zrobionych po to by na suchsze tereny mogły powrócić zwierzęta.
Nie widzieliśmy niestety słonia, ale i tak wyjazd był udany. Co drugi samochód to land rover, bądź jakiś pickup – tu w terenie bardzo przydatne. Patrząc na emerytów w tych samochodach, myślałem sobie że taki życie też można by wieść – wciąż podróżować.
Wracając chcieliśmy przejechać zaporą, która jest malowniczo położona. Był duży korek tuż przed nią, co wykorzystywali miejscowi sprzedawcy oferując od pomarańczy i awokado, po rzeźby i reklamowe kieliszki do wina. Nasz gospodarz wycieczki, kolega z firmy, która mnie zaprosiła znów dawał wyraz swojej ‘sympatii’ do czarnych mieszkańców tego kraju. Jego dziewczyna starała się go besztać. Zapora była bardzo ładna, był nawet na niej mały łuk triumfalny, o którym nie dowiedziałem się niestety więcej.
Po powrocie okazało się, że zniknęła moja wkładka dentystyczna, zostawiłęm ją koło łóżka a ponieważ (przypomniało mi się po wyjeździe) wyglądała jak duża zwinięta guma do żucia, widocznie sprzątaczka ją wyrzuciła.
Napiszę jeszcze wczorajszej kolacji – poszliśmy z kolegą hindusem do knajpy włoskiej, zjadłem bardzo dobre panierowane kalmary i sałatkę. Lokal był klimatyczny - nazywa się Capissh? W menu wpleciona jest historia włoskiego imigranta, są stare zdjęcia, nad wejściem do lokalu stoi wrak Vespy.
Dziś namówiłem kolegę na to, żeby wcześniej wyjść na jedzenie, bo lunch jedliśmy jeszcze przed południem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz