Rano jak jechaliśmy na uczelnię wszędzie było pełno młodych czarnych, którzy chcieli zatrzymać nasz samochód. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi, czy to byli nowocześni żebracy (wszyscy mieli kamizelki odblaskowe). Okazało się, że dziś jest mecz i to byli parkingowi naganiacze. W czasie lunchu panie z uczelni wzięły mnie na obiad na teren campusu uniwersyteckiego do steak house w stylu amerykańskim obok którego wystawiono telebim, gdyż o 15 grała drużyna rugby RPA przeciwko Walii na stadionie nieopodal. Ostatnio RPA wygrała z Walią i teraz też nie było się można spodziewać innego wyniku dlatego stadion wyglądał na pustawy.
Po pracy przeszedłem się pieszo z kwatery do najbliższego centrum handlowego. Po drodze mijałem wiele domów z elektrycznym płotem. Na rogu ulicy siedziało kilka czarnych kobiet na trawniku i rozmawiały. W centrum handlowym prawie wszystko pozamykane. Wszedłem do supermarketu po wodę i soki i przy okazji się rozejrzeć za czymś typowo miejscowym. Oprócz suszonych kawałków wołowiny, które nie wzbudziły mojego apetytu ani zainteresowania ciężko mi było znaleźć coś ciekawego. Wszędzie europejskie marki. Półka z winami wyglądał już dużo bardziej atrakcyjne. Gospodarze mi powiedzieli dziś, że każde wino stołowe z RPA jest dobre, nie trzeba kupować tych drogich. Kupiłem dwie małe butelki na próbę. Polecili mi miejscowy szczep, którego nazwę zapomniałem, ale jeszcze sprawdzę. Wracając z supermarketu zaczepił mnie człowiek siedzący na trawniku prosząc o jedzenie. Miałem duży dylemat czy zrobić tak jak wszyscy tu i zignorować, czy dla spokoju coś mu dać, żeby się czuć bezpiecznym następnym razem. Nie wiedziałem jak zareagować, normalnie zawsze daję parę złotych komuś kto mnie o to prosi na ulicy, wychodząc założenia, że ja nie zbiednieję a tej osobie może coś to pomóc.
Wieczorem pojechałem z kolegą z Indii do restauracji. Jechaliśmy samochodem, który wypożyczyła dla niego uczelnia. Miał też GPSa mimo, że ja miałem mapę i droga była prosta i tak pokierował nas GPS. W knajpie dużo opowiadałem mu o Polsce, pytałem go też o Indie. Pytał mnie o ile trwał przelot, opowiedziałem mu też o naszym najdłuższym przelocie, oraz o najdłuższej jeździe pociągiem (36 godzin - Ukraina). Uśmiechnął się, ale trochę było mi potem głupio jak mi powiedział, że on na studiach dojeżdżał tyle do domu, a czasem nawet dłużej. Oczywiście jeździł tylko kilka razy w roku, ale zawsze. Restauracja oczywiście była indyjska. Na koniec mój kolega powiedział, że zapłaci i wyciągnął służbowa kartę American Express. Także zjedliśmy na koszt oddziału Oracle’a w Indiach. Pytałem go jak smakowało mu jedzenie, powiedział że to 30% wrażeń smakowych w stosunku do tego co by miał w domu. Zasugerowałem, że pewno chodzi o świeżość przypraw, on wspomniał o intensywności. Potem odstawił mnie do domu i umówiliśmy się na jutro – rano przyjedzie do mnie przewodnik i zgarniemy go po drodze i ruszymy do Soweto.
Wieczorem obejrzałem film A Dry White Season z Donaldem Sutherlandem w roli głównej. Film fikcyjny, ale ilustrujący to co się działo w latach apartheidu. Historia białego nauczyciela, który odkrywa, że syn jego czarnego ogrodnika został zabity przez policję podczas przesłuchania w areszcie. Postanawia wyjawić prawdę, prowadzi śledztwo na własną rękę, jest prześladowany przez policję, przegrywa jeden proces mimo niezbitych dowodów, następnie zostaje zabity przez policjanta, który uśmiercił także tamtego chłopca. Film pokazuje okrucieństwo systemu, które tu się toczyło w tym kraju. Zastanawia mnie co było gorsze apartheid tu czy lata 46-56 u nas. Nie sposób tego chyba porównać, gdyż policja działała tu tak aż do lat 90tych ubiegłego wieku. Nie należy zapominać, że to w RPA powstały pierwsze obozy koncentracyjne założone przez anglików podczas wojen Burskich (przeciwko Burom, czyli białym mieszkańcom RPA pochodzenia głównie holenderskiego, którzy bronili niepodległości przed Brytyjczykami).
Po pracy przeszedłem się pieszo z kwatery do najbliższego centrum handlowego. Po drodze mijałem wiele domów z elektrycznym płotem. Na rogu ulicy siedziało kilka czarnych kobiet na trawniku i rozmawiały. W centrum handlowym prawie wszystko pozamykane. Wszedłem do supermarketu po wodę i soki i przy okazji się rozejrzeć za czymś typowo miejscowym. Oprócz suszonych kawałków wołowiny, które nie wzbudziły mojego apetytu ani zainteresowania ciężko mi było znaleźć coś ciekawego. Wszędzie europejskie marki. Półka z winami wyglądał już dużo bardziej atrakcyjne. Gospodarze mi powiedzieli dziś, że każde wino stołowe z RPA jest dobre, nie trzeba kupować tych drogich. Kupiłem dwie małe butelki na próbę. Polecili mi miejscowy szczep, którego nazwę zapomniałem, ale jeszcze sprawdzę. Wracając z supermarketu zaczepił mnie człowiek siedzący na trawniku prosząc o jedzenie. Miałem duży dylemat czy zrobić tak jak wszyscy tu i zignorować, czy dla spokoju coś mu dać, żeby się czuć bezpiecznym następnym razem. Nie wiedziałem jak zareagować, normalnie zawsze daję parę złotych komuś kto mnie o to prosi na ulicy, wychodząc założenia, że ja nie zbiednieję a tej osobie może coś to pomóc.
Wieczorem pojechałem z kolegą z Indii do restauracji. Jechaliśmy samochodem, który wypożyczyła dla niego uczelnia. Miał też GPSa mimo, że ja miałem mapę i droga była prosta i tak pokierował nas GPS. W knajpie dużo opowiadałem mu o Polsce, pytałem go też o Indie. Pytał mnie o ile trwał przelot, opowiedziałem mu też o naszym najdłuższym przelocie, oraz o najdłuższej jeździe pociągiem (36 godzin - Ukraina). Uśmiechnął się, ale trochę było mi potem głupio jak mi powiedział, że on na studiach dojeżdżał tyle do domu, a czasem nawet dłużej. Oczywiście jeździł tylko kilka razy w roku, ale zawsze. Restauracja oczywiście była indyjska. Na koniec mój kolega powiedział, że zapłaci i wyciągnął służbowa kartę American Express. Także zjedliśmy na koszt oddziału Oracle’a w Indiach. Pytałem go jak smakowało mu jedzenie, powiedział że to 30% wrażeń smakowych w stosunku do tego co by miał w domu. Zasugerowałem, że pewno chodzi o świeżość przypraw, on wspomniał o intensywności. Potem odstawił mnie do domu i umówiliśmy się na jutro – rano przyjedzie do mnie przewodnik i zgarniemy go po drodze i ruszymy do Soweto.
Wieczorem obejrzałem film A Dry White Season z Donaldem Sutherlandem w roli głównej. Film fikcyjny, ale ilustrujący to co się działo w latach apartheidu. Historia białego nauczyciela, który odkrywa, że syn jego czarnego ogrodnika został zabity przez policję podczas przesłuchania w areszcie. Postanawia wyjawić prawdę, prowadzi śledztwo na własną rękę, jest prześladowany przez policję, przegrywa jeden proces mimo niezbitych dowodów, następnie zostaje zabity przez policjanta, który uśmiercił także tamtego chłopca. Film pokazuje okrucieństwo systemu, które tu się toczyło w tym kraju. Zastanawia mnie co było gorsze apartheid tu czy lata 46-56 u nas. Nie sposób tego chyba porównać, gdyż policja działała tu tak aż do lat 90tych ubiegłego wieku. Nie należy zapominać, że to w RPA powstały pierwsze obozy koncentracyjne założone przez anglików podczas wojen Burskich (przeciwko Burom, czyli białym mieszkańcom RPA pochodzenia głównie holenderskiego, którzy bronili niepodległości przed Brytyjczykami).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz